Dulszczyzna

Ubóstwiam toalety w luksusowych restauracjach. Pomysły, jakie mają restauratorzy na całym świecie, aby olśnić swoich gości od stóp do głów (dosłownie!) są nieprawdopodobne.


W moich restauracjach, a także w miejscach, które projektowałam, lwią część uwagi poświęcałam właśnie toaletom. Zobaczcie jak wyglądają one w Aleglorii, odwiedźcie mojego Fukiera, zrozumiecie, o czym mówię. Wystrój restauracji jest ważny, istotne są jej dekoracje ale to właśnie toalety powinny być tym miejscem, w którym czujemy się najswobodniej, najbardziej komfortowo, najdyskretniej. Ileż to razy po wizycie w takiej restauracji w opowieściach o niej pojawia się nieśmiertelne: “Musicie zobaczyć te kible!”.

Wchodząc do restauracji o określonej renomie spodziewamy się, że spodoba nam się jej wystrój. Oczekujemy jedzenia na wysokim poziomie i określonej, zazwyczaj wysokiej kultury obsługi. Wybierając restaurację kierujemy się oczywistymi przesłankami, kompletnie nie zaprzątając sobie głowy pomieszczeniami, do których król chadza piechotą, bo i niby czemu pospolite kible miałyby mieć jakiekolwiek znaczenie. Ostatecznie przecież jemy ze stołu, nie z sedesu i spotykamy się w sali jadalnej, nie przy umywalkach. Oczywiście istnieją na świecie takie miejsca, jak Modern Toilet, ale umówmy się, że nie będziemy sobie nimi zaprzątać głowy. Stąd tak ogromne zaskoczenie, gdy po wejściu do toalety nagle uświadamiamy sobie, że ktoś zainwestował niemałe pieniądze w miejsce dla restauracji zupełnie nieoczywiste.

Uwielbiam te małe olśnienia, które przeżywam zawsze wtedy, gdy po raz pierwszy odwiedzam taką niespodziewaną restauracyjną toaletę. Znam restauratorów, którzy są tak dumni ze swoich “wypasionych kibli”, że proponują mi zwiedzanie swojej restauracji od odwiedzin w toalecie i, powiem szczerze, wcale im się nie dziwię. Pamiętam swój zachwyt, jaki przeżyłam w restauracji Boca Grande w Barcelonie, a dokładniej w należącym do niej ogromnym koktajl-barze o nazwie Boca Chica. Pierwszym zdziwieniem był brak podziału na toalety damskie i męskie. Drugim - spotkanie didżeja, zajmującego stanowisko tuż przy wejściu do ubikacji. Jego jedynym zadaniem było umilanie czasu tym z gości, którym bezwzględna natura nakazała chwilową przerwę w konsumpcji.

Moja ostatnia, krótka wyprawa do Toronto zaowocowała otwartymi z zachwytu ustami po odwiedzeniu toalety w The Forth, w której zobaczyłam zapierające dech w piersiach żyrandole zbudowane z maleńkich kryształów Swarovskiego… Zachwyt był tym większy, że ascetyczny wystrój tej prowadzonej przez Greków restauracji w żadnym momencie nie zapowiadał tego, co zobaczę. W nieodległym Harbour Sixty, słynącym ze zjawiskowych owoców morza i genialnych steków, toalety wyposażone są w specjalny panel zapachowy, umożliwiający określenie woni, jaka ma nam towarzyszyć w czasie, gdy z niej korzystamy. Czekają tu na nas podgrzewane sedesy, bidety z ciepłą wodą i suszarki - tak, przy bidetach. Szok? Nie, zaawansowana cywilizacja, pozwalająca na doświadczenie niezwykle komfortowej higieny, jakiej szczęśliwie coraz więcej ludzi również w Polsce oczekuje i szuka.

Nie twierdzę, że jesteśmy mentalnie przygotowani na zastąpienie babci klozetowej gorącokrwistym didżejem, ale doprawdy powszechna, milcząca zgoda na pospolite kible w restauracjach jest co najmniej niezrozumiała. Celowo nie poruszam tematu czystości toalet w polskich lokalach, wielokrotnie o tym pisałam - jeśli jest brudno w kiblu, będzie tak samo brudno na talerzu, koniec, kropka. Chodzi mi wyłącznie o styl, który w wielu renomowanych miejscach w naszym kraju jest zły, a w najlepszym przypadku nijaki, jakby wciąż w XXI w. temat polskich toalet był sprawą co najmniej wstydliwą.

Mam wrażenie, że Polacy nie różnią się specjalnie od innych cywilizowanych nacji i jeśli w toalecie będzie markowe, pachnące mydło, ciepła woda i miękki ręcznik, to ogólne wrażenia po wizycie w restauracji będą znacznie lepsze niż po doświadczeniu cuchnącej emulsji, lodowatej wody cieknącej z kranu pamiętającego późnego Gierka i obrzydliwych, zielonkawych skrawków papieru, którymi w normalnej sytuacji nikt nie wytarłby nawet… hm… stołu. Nie przesadzam, widziałam coś takiego w restauracji, w której ceny dań i wystrój wnętrza wskazywały na wysoką półkę. Tak, temat toalet w restauracjach jest ważny i powinien być poruszany znacznie częściej. Jest sporo do zrobienia.

Z tym większym zdumieniem odnotowałam reakcję użytkowników Facebooka, a za nimi mniejszych i większych portali plotkarskich na moje żartobliwe zdjęcie z toalety w kanadyjskim The Forth. Choć, jak zwykle, przeważały komentarze pełne ciepłej sympatii i zrozumienia żartu, to moje toaletowe mrugnięcie okiem okazało się być dla wielu wystarczającym powodem do wylania na mnie swoich frustracji, niechęci, a czasem nawet otwartej nienawiści.

Okazuje się, że użycie na Facebooku słowa “kibel” w przedziwny sposób uruchamia w ludziach jakąś emocjonalną reakcję łańcuchową, która, jak to w internecie, po krótkiej chwili zmienia się w śnieżną kulę, mknącą coraz szybciej w nieznanym kierunku. Na swój sposób fascynujące doświadczenie.

Nie chcę teraz ani myśleć ani pisać o mojej opinii dotyczącej źródeł polskiego hejtu w internecie, bo ilekroć zastanawiam się, z czego faktycznie się bierze, tyle razy dochodzę do przeraźliwie smutnych wniosków. Muszę jednak wspomnieć o rozbawieniu, jakie wywołała we mnie powszechnie manifestowana przy okazji mojego niewinnego “zdjęcia z kibla” niechęć Polaków do nazywania rzeczy po imieniu. Owszem, zabawne wydało mi się zderzenie polskiego “kibla” z angielskim “restroom”, zamiana oczywistej elegancji w lekką przaśność, jaką niesie ze sobą polskie słowo. Niechcący sprowokowałam w ten sposób burzliwą wymianę zdań o granicach mojego języka, o tym, co mi wolno a czego nie, co mi wypada mówić, co jest niedopuszczalne.

Przedziwne. Nie operuję tymi kategoriami. Obce jest mi poprawnościowo-mieszczańskie podejście do języka, nie zamierzam tego zmieniać, nie chcę udawać, że jestem inna, niż jestem naprawdę. Jeśli ktoś na siłę chce, żeby mu mydlić oczy i karmić fałszem, niech nie ogląda “Kuchennych Rewolucji”. Jeśli z kolei ktoś nie rozumie różnicy pomiędzy moim stylem a zwykłym rynsztokiem, to ma problem, na który nic nie poradzę. Podejrzewam, że to właśnie ten problem sprawia, że osoby, którym najbardziej “kibel” przeszkadzał, dały temu wyraz używając słów dużo, dużo mniej od owego “kibla” literackich.
Trwa ładowanie komentarzy...