Grupa naTemat

Kuchenne rewolucje... od kuchni

Z lekkim rozbawieniem i sporym niesmakiem przeczytałam wyznanie Grega (Grzegorza Dziekońskiego), sformułowane przez niego w niedawnym artykule w Gazecie Wyborczej, zatytułowanym “Tydzień z Gessler kosztował mnie 25 tysięcy”. To jedno z bardziej komicznych stwierdzeń, jakie słyszałam po “Kuchennych rewolucjach” od właściciela restauracji, której pomogłam. Dlaczego? Już wyjaśniam.

Każdy restaurator, który decyduje się na udział w programie podpisuje umowę, w której zobowiązuje się między innymi do tego, że w trakcie kręcenia odcinka jego restauracja jest do wyłączniej dyspozycji ekipy “Kuchennych rewolucji”. To oznacza, że w tym czasie bierzemy za niego odpowiedzialność. Gdy wokół lepi się brud, który nie tylko kręci w nosach ale i szczypie w oczy, nietrudno o różne nieprzyjemne konsekwencje. Kolacja, która kosztowała Grega “kilkanaście tysięcy złotych” też jest bzdurą, bo produkty, z których została przygotowana, powinny były starczyć mu jeszcze na trzy dni normalnego funkcjonowania restauracji. To stały element w “Kuchennych rewolucjach”, mający pomóc załodze i właścicielom zmienianego miejsca w przełamaniu mentalności stosowania niejadalnych zamienników. Przekonują się wtedy, że ta filozofia zdaje egzamin również bez kamer i świateł. W rozmowie z dziennikarką Gazety Wyborczej Greg utyskuje, że przez czas nagrań musiał płacić swojemu personelowi… Pozostawię to bez komentarza, bo cisną mi się na papier niecenzuralne wyrazy. Przedsiębiorca, który narzeka, że musi płacić swoim pracownikom nie budzi mojego szacunku. W dalszej części wywiadu właściciel “Gościńca Myśliwskiego” wspomina, że poprosiliśmy go o wypranie dywanu. Tak, to prawda. Pięknie udekorowane wnętrze nie miałoby żadnego sensu, gdyby finałowa kolacja odbyła się na cuchnącym szczurzym moczem dywanie, który prawdopodobnie od wyjazdu z fabryki w całym swoim dywanim życiu nie doświadczył przyjemności czyszczenia na mokro.

Wyznania Grega zainspirowały mnie do podzielenia się z Wami tym, czego nie widzicie. Prawdopodobnie wydaje Wam się, że w telewizji widzicie wszystko co najgorsze w zmienianych przeze mnie restauracjach po to, żeby w finałowej kolacji pokazać silny kontrast do rzeczywistości zastanej przeze mnie na wejściu. Prawda jest zgoła inna, co zresztą we wspominanym wcześniej wywiadzie przyznał nawet sam Greg. Nie chcemy i nie zamierzamy epatować indolencją, nieodpowiedzialnością, głupotą, skąpstwem czy czasem nawet draństwem tych, którym zamierzamy pomóc. Moją rolą nie jest naśmiewanie się z braku umiejętności gotowania czy prowadzenia restauracji a nauczenie podstaw, które pozwolą otworzyć tym ludziom furtkę do sukcesu. Uwierzcie mi, że ilość absurdów, jakie towarzyszą nam co tydzień podczas realizacji kolejnych odcinków “Kuchennych rewolucji” wystarczyłaby na scenariusz kilku niezłych filmów fabularnych.

Na każdą rewolucję mam wyłącznie cztery dni. Intensywność naszej pracy jest nieprawdopodobna, choć widz nie ma szansy na to aby ją odczuć. Od pierwszego dnia rozmawiamy o charakterze restauracji, o tym co i jak powinno zostać zmienione. Potem przystępujemy do fizycznej pracy, w której biorą udział wszyscy, łącznie ze mną, panią od make-up’u czy fryzjerką. Cały zespół jak jeden mąż chwyta za pędzle, dekoruje, zmienia, tworzy. Lokal musi być skończony w sztywnym terminie i nie ma żadnej możliwości, żeby termin ten przekroczyć. Pół biedy, gdy lokal jest malutki - gorzej, gdy ma 400 metrów kwadratowych. Wtedy czasem nawet bladym świtem nie widać końca fizycznej pracy naszej fantastycznej i zaprawionej w bojach ekipy, dysponującej do tego sztywnym budżetem. Równie nienaruszalnym, co termin oddania odnowionej restauracji, identycznym dla wszystkich i zatwierdzonym w umowie z właścicielem zmienianego lokalu. W normalnej sytuacji właściciel dwoi się i troi, żeby nam pomóc, bo wie, że pracujemy w jego najlepszym interesie. W nienormalnej żali się w gazecie, że poprosiliśmy go o wypranie śmierdzącego dywanu.

Czasami pytacie dlaczego robię tyle literówek, gdy piszę do Was na Facebooku z mojego telefonu. To charakterystyczne dla rąk zanurzonych w kuchni po dziesięć godzin dziennie. Ostatniego dnia gotowanie jest najintensywniejsze a praca w kuchni zdaje się nie mieć końca. Wtedy zazwyczaj okazuje się, że noże są tak tępe, że równie dobrze można kroić ich trzonkami. Gdy pytam o powód takiego stanu, w odpowiedzi słyszę, że nikt tu noży nie używa, bo wszystko kupuje się pokrojone… Najbardziej oczywista czynność w kuchni, jaką jest krojenie, została w głowach ludzi zastąpiona supermarketową łatwizną. W sklepie wszystko jest na tackach, umyte, pokrojone. A tu trzeba pokroić warzywa. Na deskach leżą kilogramy mięsa. Lepię pierogi, kręcę w garnkach trzydzieści litrów gęstych pomidorów, zagniatam kruche ciasto… Zapewniam Was, że po dwunastu godzinach takiej zabawy, nie tylko mielibyście kłopoty z prawidłowym wystukaniem literek na ekranie Waszego smartfona, ale po prostu w ogóle nie utrzymalibyście go dłużej w ręce.

“Kuchenne rewolucje” uczą kucharzy pracy, która skutkuje znakomitą jakością. Jakże często podczas nagrań okazuje się, że ktoś nie wie czym jest schab karkowy a kto inny po raz pierwszy dowie się, że cielęcinę trzeba oczyścić z błon przed dalszą obróbką. Pomijam absurdy, w których szef kuchni nie wie (naprawdę!) jak zrobić beszamel albo co to jest carpaccio. Tłumaczę, kroję, mieszam, rozmawiam, próbuję. W tym czasie panowie dźwiękowcy wyłączają klimatyzację, bo hałasuje. Na kamery pryska tłuszcz i leci para z garnków ale ja już nie zastanawiam się, czy panujący w ciasnej kuchni ukrop bardziej szkodzi im czy mojej cerze. To wszystko dzieje się naprawdę. W cztery dni zmieniamy nie tylko wnętrza i menu - staramy się przede wszystkim o zmianę mentalność ludzi, którzy kompletnie nie rozumieli dotąd swoich porażek. Nie mieli pojęcia gdzie popełniali błędy. A więc do zrywania tapet, szorowania stołów, ostrzenia noży, krojenia kilogramów marchewek i rozbierania niemniejszej ilości mięsa dochodzą psychoterapia i psychologia. Teoretycznie skutkiem tak intensywnych działań powinna być psychodelia i schizofrenia. A jednak się udaje. Tylko czasem brak sił na to, żeby odpocząć. Znacie taki stan? Piszę o tym szczerze i otwarcie, bo gdy sama oglądam gotowe odcinki nie widzę tego, co być może mogłoby Was zainteresować najbardziej - mega ciężkiej pracy całego zespołu. Oczywiście wiem, że format rządzi się swoimi prawami a czas na wizji dla poszczególnych zdarzeń jest bardzo precyzyjnie określony. Każda minuta jest na wagę złota i naprawdę trzeba sporej wiedzy, doświadczenia i umiejętności, żeby cztery dni zamknąć w czterdziestominutowym programie. Marzy mi się jednak odcinek typu “making of”, w którym to wszystko, o czym piszę, zobaczylibyście na własne oczy.

Nie doszukujcie się w “Kuchennych rewolucjach” innej prawdy niż ta, którą widzicie na ekranie. Nazwę lokalu poznaję na dziesięć minut przed wejściem do niego. Wszystko widzę po raz pierwszy, wszystkiego po raz pierwszy próbuję. Moje reakcje są prawdziwe, nie nagrywamy powtórek. Jedyne, czego Wam oszczędzamy, to żałosne pertraktacje o to, kto ma zapłacić za wypranie brudnego dywanu.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
KuchniaJedzenie
Skomentuj