Podróż na sto stóp

Materiały dystrybutora filmu
Lasse Hallström zapadł mi w pamięc jako reżyser „Czekolady” z Johnnym Deppem i Juliette Binoche. Zrozumienie potęgi smaku nie jest proste a pokazanie jej na ekranie w przekonujący sposób – niemal nierealne. „Uczta Babette” Gabriela Axela albo „Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek” Petera Greenawaya przekonują, że to możliwe, ale to właśnie szwedzki reżyser uwiódł mnie swoim spojrzeniem na smak, po raz kolejny tworząc film o filozofii rozkoszy jedzenia.

W „Podróży na sto stóp” widzimy zderzenie dwóch kulinarnych światów, z których każdy postrzega smak kompletnie inaczej, choć każdy z nich doskonale rozumie jego znaczenie. Jeden z nich, uosabiany przez madame Mallory (Helen Mirren) jest zamkniętą, hermetyczną, kostyczną przestrzenią nieprawdopodobnie trudnej i wymagającej kuchni francuskiej. Druga strona barykady to kolorowa, spontaniczna i pełna improwizacji kuchnia indyjska, w której smak stoi najbliżej emocji, choć jego wykwintność daleka jest od oczywistości.



Gdy odlatujemy w kosmos ze smakiem widzianym z perspektywy gwiazdek Michelin, zyskujemy niemal wojskowy rygor i nieosiągalny dla innych poziom wyrafinowania. Zyskujemy sławę, pieniądze i powszechny szacunek, nie uświadamiając sobie jednocześnie jak wiele przez to tracimy. Pachnąca kardamonem i kuminem kuchnia emigrantów z Bombaju oburza ksenofobiczną Francuzkę, ale na szczęście też fascynuje ją na tyle, że zaczyna dostrzegać własne braki – nie tyle w swojej kuchni, bo ta jest perfekcyjna, ale w swoim życiu. Bo smak to miłość. To bliskość, rodzina, szczęście i spełnione marzenia. Nawet najlepszy smak pozbawiony emocji nie przemówi do nas tak, jak ten, który z emocji został ulepiony.

„Podróż na sto stóp” pokazuje jak przenikają się kuchnie, jak łączą się kulinarne kultury. Przykład Francji jest tu niezwykle kontrastowy, bo francuska kuchnia przez swoją nieosiągalność dla „zwykłego kucharza” powoli staje się niedostępna i anachroniczna również dla „zwykłego gościa”. Kuchnia francuska (podobnie zresztą jak polska), jest niezwykle trudna w wydaniu komercyjnym, bo żeby podać porządnie zrobione danie trzeba się naprawdę nieźle napracować – najpierw przy poszukiwaniu odpowiednich produktów, potem przy ich przyrządzaniu. Żeby sprostać wymaganiom kanonu potrzebna jest spora wiedza i jeszcze większe doświadczenie. Dlatego właśnie gwiazdki Michelin są okupione tyloma wyrzeczeniami, dlatego ich zdobycie dla szefa kuchni jest jak zimowe wejście na ośmiotysięcznik dla alpinisty.

Urzekł mnie ten film, bo we wzruszający sposób udowodnił wyższość kontaktów międzyludzkich nad ambicjami. Pokazał do jakiego stopnia smak potrafi pogodzić pozornie wykluczające się wartości, jak dzięki niemu tworzy się społeczność, jak godzą się zwaśnieni ludzie. W „Podróży na sto stóp” kuchnia francuska wygrywa tylko dlatego, że potrafiła otworzyć się na nieznane obszary i dopuścić do siebie możliwość istnienia innych, genialnych smaków. Zobaczyłam tu przepiękną, odartą z ksenofobii Francję i urzekające, patchworkowe społeczności, które potrafią ze sobą rozmawiać a nie odbijać się o siebie jak molekularne kuleczki.
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Film
Trwa ładowanie komentarzy...