Nikomu się nie chce

Kolejne „Kuchenne Rewolucje” ponownie zawiodły mnie do Chełma. Droga do niego zapowiadała cichą i spokojną okolicę, w której po pracy będzie można odpocząć w otoczeniu czystej przyrody, z dala od miejskiego zgiełku.

W samym Chełmie też jest niezwykle cicho ale to cisza wynikająca raczej z braku życia niż pełnego spokojnych oddechów odpoczynku mieszkańców i turystów. Powiedziano mi, że po osiemnastej ulice się wyludniają, bo bywa niespokojnie, poza tym nie bardzo jest dokąd pójść, chyba że ktoś akurat ma ochotę na kebab. Ja nie miałam.

Wybrałam się do Włodawy, miasta, które – podobnie jak Chełm – przenikają od wieków trzy kultury: polska, ruska i żydowska. Druga wojna światowa nie obeszła się z Włodawą łaskawie. Niemcy wyburzyli historyczne centrum a po wojnie powstawały już wyłącznie brzydkie, socrealistyczne budowle mieszkalne. Jednak choć do dziś onieśmielają świetnością katolicki kościół, prawosławna cerkiew i żydowska bożnica, to są to jedyne atrakcje turystyczne, dla których naprawdę warto do Włodawy przyjechać. Obrazu rozpaczy dopełnia brak jakiegokolwiek miejsca, w którym moglibyśmy usiąść, napić się kawy i zjeść choćby kanapkę, o ciastku nie wspominając... Wycieczki odwiedzające miejsca kultu wypełniają miasto życiem, jednak gdy tylko wyjeżdżają wszystko znów zamiera w przedziwnym letargu.

Pełna nadziei na naturalny spokój wybrałam się do Okuninki, malowniczo położonej wsi nad cudownie czystym Jeziorem Białym. Gdy zobaczyłam (i usłyszałam) tłumy turystów, pomyślałam od razu o Gran Canarii – ciasnym mrowisku rzuconym na środek błękitnego Atlantyku. Piękne miejsce, zjawiskowe tereny i duże, głębokie jezioro zamiast zapewnić genialny wypoczynek, przyciągają ludzi chcących zarobić dużo, szybko, łatwo i jak najmniejszym kosztem. Nikt nie panuje tu nad architekturą, wokół wykwitają jak grzyby na ścianie ciasno poustawiane obok siebie domki po 120 zł za dobę, zapewniające nocleg w ekstremalnych warunkach temperaturowych. Śmierdzi wszechobecny junkfood, byle jaki, niejadalny, trujący. Na próżno szukać tu produktów regionalnych, nie można kupić nawet normalnego chleba – wszystko dmuchane, kosmiczne, śliskie od konserwantów. Rozumiem, że każdy chce zarobić ale czy koniecznie musi to robić w tak podłym stylu? Kłębi się lato, kłębią się ludzie, kapią keczapy i lody z proszku a nad wszystkim unosi się obezwładniający huk wesołego miasteczka, czynnego na okrągło – w dzień i w nocy. Spytałam kto ma takie plecy, że pozwala mu się hałasować do białego rana, uniemożliwiając sen rodzinom z dziećmi. Powiedziano mi, że synowi miejscowego notabla trudno odmówić...

Gęsto, bezdusznie, nieprzyjaźnie – tak odebrałam Okuniknę, mając ochotę uciec stamtąd jak najszybciej i jak najdalej. Oczywiście są i tu przedsiębiorcy z duszą, hotelarze z prawdziwego zdarzenia, tacy jak właściciele „Białego Dworu”, którzy zupełnie wbrew modzie na „szybko i łatwo” próbują mozolnie podnosić rangę tego pięknego przecież letniska. Niestety tacy ludzie są tu w przytłaczającej mniejszości i choć nieprawdopodobnie im kibicuję, to boję się, że w końcu będą musieli ulec potrzebom i gustom tak zwanego „masowego turysty”.

Okuninka ma jednak jeszcze jeden, dużo poważniejszy problem, który odkryłam zupełnie przypadkowo, w dość nieprzyjemnych okolicznościach. Wyobraźcie sobie, że w miejscu, które latem odwiedza ponad sto tysięcy ludzi nie ma ani jednego punktu medycznego, mogącego udzielić pierwszej pomocy! Co w sytuacji, w której ktoś dostaje zawału a karetka z oddalonej o 8 km Włodawy grzęźnie na amen w korku do Okuninki...? Dlaczego władze gminy nie zaprosiły żadnego lekarza, który dbałby o zdrowie ludzi, zostawiających tu całkiem spore sumy?

Na szczęście przyroda jeszcze nic sobie nie robi z ludzkiej głupoty. Głębokie jezioro Białe jest wciąż szczęśliwie odporne na zanieczyszczenia i pozostaje jednym z najczystszych jezior w Polsce, wydzielając ponadto naturalny jod. W okolicznych nieprzebytych lasach przechadzają się majestatyczne łosie. Wciąż można w nich znaleźć zatrzęsienie grzybów i aromatycznych jagód, malownicze mokradła i tajemnicze leśne ścieżki, do których nie dobiega hałas wesołego miateczka i smród palonych kebabów.
Trwa ładowanie komentarzy...